 | 16-09-2009Turcja - Türkiye

|
Zazwyczaj jest tak… że kiedy ma się możliwość wyjechania raz w roku w podróż pod szyldem - WAKACJE, to będzie to miejsce odpowiadające masowemu wyobrażeniu tego okresu, czyli podczas pakowania nucimy „morza szum, ptaków śpiew…” zamiast „deszcze niespokojne…”. Jakoś nie wyobrażam sobie (i myślę, że w zdrowym odruchu), że na ten szczególny, wyczekiwany czas, wybrałabym odwiedzenie kraju zimnego, owitego w mgłę albo skutego lodem, gdzie o posiłek musiałabym walczyć, biegając w futrzanych butach z harpunem w ręku za jakąś foką. Poza tym, nie żyję w kraju cierpiącym na nadmiar słońca, zatem pojadę tam, gdzie będę mogła doładować akumulatory na parę miesięcy. Na szczęście niedługą drogę trzeba przebyć, niezbyt czasochłonną, by znaleźć się w kraju spełniającym „ciepłodajne” wymagania. Wystarczą trzy godziny, by zostawić za sobą jesienną Polskę, gdzie unosi się zapach palonych liści i wylądować np. na… Riwierze Tureckiej o zapachu morskiej bryzy... Ach… :)
Należy jednak zaznaczyć, że nasze ostatnie wybory uwarunkowane są przede wszystkim egzotycznym charakterem miejsca podróży. Ważna jest także świadomość jego przeszłości, bo dzięki niej mogę lepiej poznać i próbować zrozumieć odwiedzany kraj. A to jeden z priorytetów na mojej osobistej liście powodów podróżowania. Dlatego wysiadając z samolotu i czyniąc pierwszy krok na „obcej ziemi”, pomyślałam, że oto stąpam po dawnym Imperium Osmańskim, które w swojej historii było jednym z najpotężniejszych państw świata, a teraz jako państwo z dominującą religią islamską, ponad dwukrotnie większe od Polski, dąży do przystąpienia w szeregi Unii Europejskiej.
Ulokowaliśmy się w mieście Alanya położonym nad Morzem Śródziemnym. To jedno z najbardziej popularnych turystycznych miast Riwiery zwanej też Turkusowym Wybrzeżem. Byliśmy tutaj w dwóch ostatnich tygodniach września, temperatura powietrza wynosiła ok. 30-33 stopnia, temperatura wody ok. 26-28 stopni. Jak przystało na miejscowość komercyjną, Alanya ma wszystkie odpowiadające owej cechy charakterystyczne takie jak: dużo sklepów, dyskotek, restauracji itd. plus wiele emerytów niemieckich, dzięki czemu można było poczuć się jak w sanatorium. Bezcenne. Ta była wioska rybacka w ciągu kilku lat przeobraziła się w słynny kurort. Na szczęście, pozostały miejsca, do których turystyka zdaje się nie docierać. Żeby zobaczyć jak żyją tubylcy, wystarczy np. podczas spaceru do twierdzy (znajdującej się na cyplu) zboczyć z głównej trasy. Porażający jest kontrast, że parę kroków od restauracji z krzykliwymi neonami, rozmowami w wielu językach świata, znajdują się okruchy biednej wioski, gdzie życie płynie spokojnie, kury dziobią ziemię, koty wygrzewają się leniwie na kamiennej drodze, a mężczyźni łowią w porcie ryby na kolacje.
Z Alanyi uczyniliśmy przystań, skąd wybraliśmy się na wycieczki, zaczynając od Kapadocji. Znajduje się ona w Anatolii oddalonej 390 km od naszej „bazy”. To fantastyczna kraina niezwykłych form skalnych uformowanych przez wiatr, wodę i wulkany. Ludzie drążyli w tych tufowych skałach podziemne miasta, budowali domy, kościoły, klasztory. Kapadocja była bowiem do średniowiecza ośrodkiem chrześcijaństwa. Z pewnością bajkowy krajobraz najlepiej oglądać z góry, lecąc balonem, z jakiej to usługi można skorzystać na miejscu.
Wieczorem obejrzeliśmy pokazy regionalnych tańców ludowych i tańca brzucha w restauracji znajdującej się pod ziemią. Nie wiem jak nazywał się zespół złożony z czterech panów i czterech pań, ale byli znakomici. Szczególnie to, co wyprawiali panowie, ich energia, kunszt i radość z tańca wprawiało w zdumienie. Do tego cudna, wciągająca muzyka na żywo, grana na bębnie, cytrze i flecie. Pokaz tańca brzucha był przy tym niezapadającym w pamięć przerywnikiem. Ciekawa jest jego geneza. Ponoć w starożytności uznawano go za układ mistyczny prezentowany w świątyniach. Potem dotarł do haremów i był tańczony przez kobiety dla kobiet. Na końcu swojej ewolucji stał się zmysłowym tańcem cieszącym oczy mężczyzn.
Naszym następnym celem było Pamukkale. Miejscowość ta słynie z gigantycznych wapiennych tarasów wyglądających jak lodowiec pośrodku górskiego krajobrazu. Nad tarasami Rzymianie zbudowali miasto Hierapolis. Obydwa miejsca znajdują się na terenie Parku Narodowego i zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Szczerze powiedziawszy Pamukkale nieco mnie rozczarowało, ale zrekompensował mi to spacer po Hierapolis, gdzie zobaczyliśmy olbrzymią nekropolię rzymską – cmentarzysko, ruiny łaźni rzymskich, term, świątyni Apollina, teatru. Doceniłam tu po raz kolejny wyśmienity gust starożytnych i ich umiłowanie do piękna. Nie dość, że otaczali się ładnymi przedmiotami i tworzyli takie, to jeszcze osiedlali się w miejscach tak malowniczo położonych, że całość zdaje się być nieprzypadkowa, misternie obmyślona w każdym szczególe, by dawać jak najmilsze estetyczne doznania. Będąc w Side (ok. 60 km od Alanyi) i patrząc na gigantyczne ruiny świątyni Apollina o kolorze piasków Sahary… znajdujące się na tle turkusowego morza… skąpane w blasku promieni Słońca… czuję nieopisany zachwyt, ścisk w żołądku i jestem pewna swojej spiskowej teorii.
Pobyt w danym punkcie naszego globu to dla mnie nie tylko zwiedzanie zabytków i obcowanie ze śladami przeszłości. To także podglądanie mieszkańców, próba wczucia się w rytm miejsca, w którym jestem. Chłonę obrazy jakie mnie otaczają, stając się odkrywcą nieznanego mi dotąd świata. W tym skrawku Turcji jaki widziałam, pan z finezyjnie zakręconymi wąsami, w kamizelce haftowanej żółtymi nićmi, zachęcał do kupna gotowanej kukurydzy, kobieta sprzedająca na ulicy obwarzanki posypane sezamem(simit) szydełkowała w skupieniu, mężczyźni grali w tryktraka, siedzieli w grupkach i pili litrami çay – herbatkę w tulipanowych szklankach, koty były wszechobecne, na ulicach wyczekiwali na klientów pucybuci, w porcie małpki kapucynki - niewolnice na sznurku - przyciągały zainteresowanych ich widokiem ludzi, pani w chuście wciągała do mieszkania w bloku wiaderko z colą…
Gdy powoli oswajam się z codziennością tutejszego życia, sama wpisując się powoli w krajobraz, nadchodzi czas by wracać. Podobno Indianie wierzą, że opuszczając nowo poznane miejsce zostawiamy w nim cząstkę swojej duszy, w zamian zabierając część duszy tego miejsca. Przyjemnie zatem jest pomyśleć, że w pewien sposób tu zostanę, a moja dusza rozrosła się o nowy świat…
Basia Borycka
Zobacz także:Opowieści portoweW meczecie